poniedziałek, 21 marca 2016

Elisa Albert "Od urodzenia"


W poprzednich dniach pojawiło się wiele recenzji tej książki. Świat blogerów został podzielony, opinie są przeróżne, dlatego sama sięgnęłam do egzemplarza recenzenckiego wysłanego do mnie przez Wydawnictwo Kobiece. No i... mam mieszane uczucia. 

Główna bohaterka Ari jest doktorantką, feministką, żoną profesora, który jest starszy od niej o 15 lat. No i przede wszystkim z punktu widzenia książki, jest mamą rocznego Walkera. Choć minął rok od narodzin jej syna, ciągle w głowie ma żywe obrazy tego czasu, ciągle wspomina z odrazą różne momenty macierzyństwa. Doktorat, choć nie jest spełnieniem jej ambicji, zajmuje jej dużo czasu, ale bardziej po to, żeby odetchnąć, nabrać dystansu. Rok dla niektórych może się wydawać wiecznością, dla Ari jednak to zbyt krótko, żeby poukładać sobie w głowie sprawy związane z macierzyństwem, żeby pogodzić się z pewnymi ograniczeniami, przede wszystkim z tym, jak zmieniło się jej ciało, ale i psychika. Rytm narzucony przez dziecko wydaje się katorgą, z każdym dniem kobieta staje się coraz bardziej zagubiona i samotna. Kiedy w jej otoczeniu pojawia się Mina, Ari odnajduje w niej bratnią duszę, z którą razem postanawiają walczyć z codziennymi trudami macierzyństwa.



Sama jestem matką, wiele widziałam i wiele przeżyłam. Dlatego rozumiem, że emocje wyrażane w pokazywaniu ciemnych stron macierzyństwa nie są przesadzone. Sama nie jestem zwolennikiem lukrowania tego czasu, ale i nie zgadzam się z przesadnością w drugą stronę. Uważam, że można znaleźć zarówno dobre, jak i złe strony bycia mamą. Wydaje mi się, że bohaterka nie do końca była przygotowana na bycie rodzicem. Patetyczne artykuły w czasopismach i książkach często zbyt mocno wywyższają postać matki, sprawiając, że te, które nie wpisują się w ten obraz, czują się gorsze, a tak nie powinno być. W związku z tym, historię Ari pokazująca, że macierzyństwo to ból porodu, niewyspanie, karmienie, płacz dziecka, dodatkowe kilogramy, czasem samotność i niezrozumienie, uważam za jak najbardziej ciekawą i nie psującą obrazu macierzyństwa ogólnie, gdyż da się odczuć, że jest to utrzymane w konwencji czarnego humoru. No i zdecydowanie widać, że bohaterka ciągle zmaga się z depresją poporodową, nie mogąc znaleźć wyjścia z tego dołka. Dlatego też nie zgadzam się, że książkę można traktować jak pigułkę antykoncepcyjną, bo tą gorycz, jaką wylewa Ari trzeba potraktować emocjonalnie, ale i rozumnie, obiektywnie. Przynajmniej warto spróbować...

Przeszkadza mi niestety styl, jakim posługuje się autorka. Czasem brak znaków interpunkcyjnych, przeskakiwanie z tematu do tematu, spory chaos i mnóstwo wulgaryzmów trochę kłóci się z moją stylistyką, ale myślę, że doskonale odzwierciedla stan umysłu matki w depresji. Z tym, że to moje odczucie osobiste. 

Książka z całą pewnością zasługuje na uwagę. Emocje, które wyraża być może szokują, ale pokazują, jak czasami wygląda macierzyństwo. Warto po nią sięgnąć, choćby po to, aby się przekonać, jakie to szczęście, że nas ta choroba nie dotknęła...

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu



1 komentarz:

  1. Mnie również nie podobał się styl w jakim książka została napisana. Wulgaryzmy aż gryzły w oczy:(

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń