czwartek, 31 marca 2016

Kathrin Lange "Serce ze szkła"

Duchy to zwidy i kreacje wyobraźni. To fanatyczne wymysły mózgu, urojenia, sny. Każdy woli trzymać się od nich z daleka. Juli - główna bohaterka powieści niemieckiej pisarki Kathrin Lange - tak właśnie uważała, do momentu, aż znalazła się w willi Sorrow. Wówczas abstrakcje umysłu zaczęły mieszać się z rzeczywistością, tajemnica zaczęła gonić tajemnicę, nikt nie spieszył, aby wyznać jej prawdę. Nie spodziewała się, że świat, do którego wchodzi, tak mocno ją pochłonie. Takie same odczucia miałam ja, jako czytelnik, jakbym wchodziła w ten świat pełen obłędu, krok za krokiem. Razem z Juli chciałam rozwiązać tę mroczną tajemnicę...




Kiedy ojciec prosi Juli, aby pojechała z nim na wyspę Martha's Vineyard, nie jest zbytnio zadowolona. Miała spędzić sylwestra ze znajomymi, a okazuje się, że nie dość, że wyjeżdża z ojcem, to dodatkowo ma się zaopiekować niejakim Davidem, praktycznie swoim rówieśnikiem, chłopakiem, który niedawno stracił narzeczoną i nie umie się pozbierać. Jason, jego ojciec, jest przekonany, że chłopak chce popełnić samobójstwo, więc szuka wszelkich powodów, aby go odciągnąć od tego pomysłu. Juli ma być właśnie jednym z nich.

Dziewczyna od pierwszych chwil jest zafascynowana małomównym Davidem, dzień po dniu stara się do niego zbliżyć, ale nie jest to łatwe. Chłopak wyglądem, każdym ruchem, wyraża wielkie cierpienie z powodu śmierci Charlie. Jest opryskliwy w stosunku do najbliższych, zimny, zamknięty w sobie. Aż dziwne, że najlepszy kolega - Henry, jeszcze się od niego nie odwrócił. Niby z jednej strony starałam się zrozumieć jego zachowanie, ale z drugiej bardzo mnie irytował. Unikanie odpowiedzi, odchodzenie w czasie rozmowy, to wszystko budziło moją niechęć do niego. Starałam się zrozumieć, że cierpi, ale miałam przekonanie, że i tak Juli jest dla niego zbyt wyrozumiała, ponieważ na niej odbijała się większość jego negatywnych zachowań. I choć domyślam się, że miał dość nadopiekuńczości wszystkich dookoła siebie, to i tak niewiele tłumaczy jego postępowanie.

Juli z kolei jest dziewczyną, która od pierwszych chwil da się lubić. Wie czego chce, umie odpowiednio dociąć kąśliwym zdaniem, nie użala się nad sobą, próbuje dotrzymać obietnicy, choć nie jest to dla niej najłatwiejsze. Kiedy poznaje kolejne elementy układanki, nie ucieka z krzykiem, ale stara się poznać prawdę, a przy okazji pomóc nieszczęsnemu chłopakowi...

Cała historia spotkania Juli i Davida obwiana jest miejscowymi sekretami i indiańskimi wierzeniami. Historia, która niesie ze sobą wspomnienie klątwy Madelaine powoduje, że książka ma charakter mglisty, tajemniczy, budzi w czytelniku chęć dobrnięcia do prawdy, do próby rozwiązania zagadki, a nawet do próby przechytrzenia przeznaczenia. Tylko wędrując z Juli można wziąć udział w tej podróży.





Powieść ma bardzo dynamiczny charakter. Zwłaszcza opisy przyrody, krajobrazów, plastycznie uwydatniają tajemniczość i mglistość wyspy i jej życia. Bardzo podoba mi się sposób pisania autorki, która świetnie posługuje się stylem młodzieżowym. Jednak to powieść nie tylko dla młodzieży, mi także się podobała :) A zakończenie sprawia, że chcesz wiedzieć, jak dalej potoczą się losy tych młodych ludzi...

To dopiero pierwsza część trylogii, niezwłocznie sięgam po kolejną!


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Muza 


piątek, 25 marca 2016

Gail McHugh "Amber" BOOK TOUR





To już mój kolejny Book Tour organizowany przez Literacki Świat Cyrysi. Tym razem jest to powieść Gail'a McHugh "Amber". Miałam już przyjemność ją przeczytać, ale sięgnęłam z chęcią raz jeszcze, żeby odświeżyć fabułę. 

A w tej nic się nie zmieniło ;) Główna bohaterka Amber Moretti jest osobą, która wiele w życiu przeszła. Wędrując od jednej rodziny zastępczej do kolejnej, mocno zahartowała swój charakter i swoje serce, nie chcąc się narażać na kolejne cierpienia z czyjejkolwiek strony. Pragnie miłości, jak każda kobieta, jednak ciągle musi zmagać się z demonami przeszłości. Kiedy trafia do studenckiego świata, postanawia zmienić swoje życie. Chce w końcu zacząć żyć inaczej niż do tej pory. I tak się dzieje, kiedy spotyka dwóch mężczyzn, którzy wprowadzają ją w nowy nieznany dotąd świat. Dwaj przyjaciele Brock Cunningham i Ryder Ashcroft rozkochują ją w sobie, i to w dodatku obaj na raz. Tak oto zawiązuje się miłosny trójkąt. Tylko czy można rzeczywiście kochać dwie osoby tak samo?

Powieść pełna jest namiętności i erotyzmu. W dialogach pełno jest podtekstów seksualnych, kipiących od fascynacji i podniecenia. Dosłowne sceny seksualne, opisane w różnych konfiguracjach niewiele mają wspólnego ze związkami, jakie znamy z dotychczasowej literatury. Ja spotkałam się z tym pierwszy raz, choć trochę już takiej literatury przeczytałam. Momentami powietrze wydaje się tak gęste od erotyzmu, że można by je kroić nożem. Trójkąt to nie jest zwyczajny związek, o czym doskonale się przekonujemy w tej powieści. Jak wiele oblicz ma taka relacja dowiadujemy się także dzięki narracji pierwszoosobowej głównych bohaterów. Tyle tylko, że miłosne rozterki, zawirowania uczuciowe to dopiero początek historii, która z czasem zmienia się w koszmar bohaterów, ale i sprawdza psychikę czytelnika.

"Amber" to historia z gatunku new adult, jednak znacznie przekraczająca granice tego gatunku, zwłaszcza jeśli chodzi o sferę erotyki. Myślę, że ten kontrowersyjny obraz związku trzech osób jest bardzo odważnym posunięciem. Nie każdy go przełknie, jednak naprawdę warto. A to dopiero początek cyklu...




Bardzo dziękuję za możliwość książki po raz kolejny w ramach Book Tour organizowanego przez Literacki Świat Cyrysi oraz Wydawnictwo Akurat




*regulamin Book Tour "Amber"

wtorek, 22 marca 2016

L.H. Cosway "Sześć serc"



Iluzja to złudzenie, wrażenie, że coś się widzi. Iluzja to wywoływanie omamów wzrokowych lub odbieranie błędnych bodźców wzrokowych, niewłaściwa interpretacja widzianego zjawiska. Iluzja to wiara lub przekonanie niemające pokrycia w rzeczywistości. Iluzja to sposób na życie Jaya. Iluzja to jeden ze sposobów, by rozkochać w sobie Matildę. Tylko, czy to wszystko nie jest złudzeniem?




Kiedy Matilda poznaje Jaya, nie wie, dlaczego wybrał on akurat ich kancelarię, aby go reprezentowała w boju z dziennikarką jednej z naczelnych gazet w kraju. Nie wie też, dlaczego tak bogaty mężczyzna postanawia wynająć pokój w domu jej ojca. Nie wie też, dlaczego tak długo musi czekać na miłość swojego życia. Dopiero z czasem, krok po kroku przekonuje się, jak wiele niespodzianek czeka na nią w związku z panem Fieldsem. 

Kiedy Jay zjawia się w kancelarii ojca Matildy, doskonale wie, dlaczego wybrał tę kancelarię, aby reprezentowała go w walce z tą hieną dziennikarską Uną. Wie też, dlaczego, mimo, że nie brakuje mu środków finansowych, postanawia wynająć pokój w domu Hugh Brandona. Wie też, dlaczego chroni Matildę przed wielkim uczuciem, jakie ich łączy. Dopiero krok po kroku może ujawnić swój plan, rozkochać w sobie kobietę, na którą czekał tak długo...

Obawiam się, że to nie złudzenie, tylko piękna historia wielkiej miłości pełnej magii, bliskości, ale i trudnych decyzji. Trudno uwierzyć, że wszystko swój początek ma w chęci zemsty, choć może to tylko omam, bo u początku wszystkiego jak zawsze jest MIŁOŚĆ...

Czuję się oczarowana. Nie tylko magią, iluzją, nierzeczywistością zawartą w powieści, ale i samym Jay'em, który dla miłości jest gotów na wszystko. Jego inteligencja, spryt i mądrość budują obraz człowieka idealnego. Ale Jay taki nie jest. Ma swoje za kołnierzem. Tylko, która z nas nie lubi łobuzów? Bardzo podoba mi się, jak traktuje Matildę, jak ją chroni, jak ją podrywa, ale i to, jak potrafi się odsunąć, by jej nie zranić. 

Sceny erotyczne w powieści również bardzo mi się spodobały. Owszem, są bardzo dosłowne i charakterne, ale nie ma w nich wulgarności i przesytu. Styl autorki jest bardzo wygodny, płynny, no i świetne są dialogi między głównymi bohaterami oraz ich przyjaciółmi. Jedna riposta goni drugą. 

Powieść bardzo mi się spodobała. Historia miłości, która w sobie piękną opowieść z przeszłości, ma swoje podstawy, jest budowana powoli i bez pośpiechu. Do tego okraszona erotyką, iluzją i czego chcieć więcej?


poniedziałek, 21 marca 2016

Elisa Albert "Od urodzenia"


W poprzednich dniach pojawiło się wiele recenzji tej książki. Świat blogerów został podzielony, opinie są przeróżne, dlatego sama sięgnęłam do egzemplarza recenzenckiego wysłanego do mnie przez Wydawnictwo Kobiece. No i... mam mieszane uczucia. 

Główna bohaterka Ari jest doktorantką, feministką, żoną profesora, który jest starszy od niej o 15 lat. No i przede wszystkim z punktu widzenia książki, jest mamą rocznego Walkera. Choć minął rok od narodzin jej syna, ciągle w głowie ma żywe obrazy tego czasu, ciągle wspomina z odrazą różne momenty macierzyństwa. Doktorat, choć nie jest spełnieniem jej ambicji, zajmuje jej dużo czasu, ale bardziej po to, żeby odetchnąć, nabrać dystansu. Rok dla niektórych może się wydawać wiecznością, dla Ari jednak to zbyt krótko, żeby poukładać sobie w głowie sprawy związane z macierzyństwem, żeby pogodzić się z pewnymi ograniczeniami, przede wszystkim z tym, jak zmieniło się jej ciało, ale i psychika. Rytm narzucony przez dziecko wydaje się katorgą, z każdym dniem kobieta staje się coraz bardziej zagubiona i samotna. Kiedy w jej otoczeniu pojawia się Mina, Ari odnajduje w niej bratnią duszę, z którą razem postanawiają walczyć z codziennymi trudami macierzyństwa.



Sama jestem matką, wiele widziałam i wiele przeżyłam. Dlatego rozumiem, że emocje wyrażane w pokazywaniu ciemnych stron macierzyństwa nie są przesadzone. Sama nie jestem zwolennikiem lukrowania tego czasu, ale i nie zgadzam się z przesadnością w drugą stronę. Uważam, że można znaleźć zarówno dobre, jak i złe strony bycia mamą. Wydaje mi się, że bohaterka nie do końca była przygotowana na bycie rodzicem. Patetyczne artykuły w czasopismach i książkach często zbyt mocno wywyższają postać matki, sprawiając, że te, które nie wpisują się w ten obraz, czują się gorsze, a tak nie powinno być. W związku z tym, historię Ari pokazująca, że macierzyństwo to ból porodu, niewyspanie, karmienie, płacz dziecka, dodatkowe kilogramy, czasem samotność i niezrozumienie, uważam za jak najbardziej ciekawą i nie psującą obrazu macierzyństwa ogólnie, gdyż da się odczuć, że jest to utrzymane w konwencji czarnego humoru. No i zdecydowanie widać, że bohaterka ciągle zmaga się z depresją poporodową, nie mogąc znaleźć wyjścia z tego dołka. Dlatego też nie zgadzam się, że książkę można traktować jak pigułkę antykoncepcyjną, bo tą gorycz, jaką wylewa Ari trzeba potraktować emocjonalnie, ale i rozumnie, obiektywnie. Przynajmniej warto spróbować...

Przeszkadza mi niestety styl, jakim posługuje się autorka. Czasem brak znaków interpunkcyjnych, przeskakiwanie z tematu do tematu, spory chaos i mnóstwo wulgaryzmów trochę kłóci się z moją stylistyką, ale myślę, że doskonale odzwierciedla stan umysłu matki w depresji. Z tym, że to moje odczucie osobiste. 

Książka z całą pewnością zasługuje na uwagę. Emocje, które wyraża być może szokują, ale pokazują, jak czasami wygląda macierzyństwo. Warto po nią sięgnąć, choćby po to, aby się przekonać, jakie to szczęście, że nas ta choroba nie dotknęła...

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu



niedziela, 20 marca 2016

Sylvain Reynard "Raven"


Muszę przyznać, że to moje pierwsze spotkanie z literaturą wampiryczną. Początkowo byłam bardzo zaskoczona, nie umiałam się odnaleźć, jednak autor krok po kroku wprowadzał mnie w ten tajemniczy, demoniczny świat, bez uszczerbku na zdrowiu, ale nie jestem pewna, czy bez uszczerbku na emocjach, ale o tym za chwilę...

Niepełnosprawna Raven Wood zajmuje się konserwacją obrazów w Galerii Uffizzi we Florencji. Pewnego wieczoru, wracając od znajomych do domu, jest świadkiem brutalnego napadu na bezdomnego Angelo. Próbując interweniować, sama ściąga na siebie wściekłość napastników.  Wie, że przez swoją ułomność nie może uciec mężczyznom. Wydaje się, że już nic nie może jej ocalić… A jednak. Z mroku wyłania się tajemnicza postać, która bezwzględnie rozprawia się z bandziorami. Gdy zagadkowy wybawca pochyla się nad nią i szepcze jej do ucha niezrozumiałe słowa, Raven traci przytomność. Kiedy budzi się we własnym domu z niejasnym wspomnieniem swojego wybawcy, zupełnie oszołomiona, dziewczyna stwierdza ze zdumieniem, że jej ciało uległo cudownej przemianie: jest nie tylko w pełni zdrowa, pozbawiona wszelkich ułomności, ale także przeobraziła się w przepiękną kobietę. Jeszcze bardziej zaskakuje ją fakt, kiedy zdaje sobie sprawę, że minął tydzień, a ona niczego nie pamięta. Dodatkowo w galerii wszyscy traktują ją jak obcą osobę, nikt jej nie poznaje, a ze zbiorów zniknęła kolekcja bezcennych ilustracji Boticellego. Policja właśnie ją, Raven, uważa za główną podejrzaną. A ona nadal niczego nie pamięta... Próby wyjaśnienia zagadek prowadzą do niesamowitego spotkania z wampirem Williamem, który zaprasza Raven do świata zamieszkanego przez nieziemskie istoty. Pomiędzy niepozorną dziewczyną i Księciem podziemnej Florencji rodzi się uczucie, które może zmienić losy całego miasta. Czy jednak możliwa jest miłość między tak różnymi istotami jak człowiek i wampir?





Sylvain Reynard powraca z nową serią „florencką”, w której świat ludzi przenika się z królestwem wampirów. „Raven”, to romantyczna i soczysta historia w gotyckiej oprawie, która zabiera czytelnika w niesamowitą podróż do mrocznych zaułków włoskiego miasta. To opowieść o istotach ciemności, pożądaniu i strachu, doprawiona solidną dawką namiętności. Napięcie narasta od pierwszej strony, by w kulminacyjnym momencie eksplodować oszałamiającą feerią barw, doznań i emocji.

Nietuzinkowa fabuła, zaskakujące zwroty akcji oraz świetnie skonstruowane postaci czynią z „Raven” niezwykle wciągającą lekturę. Powieść precyzyjnie odtwarza historię i topografię Florencji – jednego z najpiękniejszych miast na ziemi. Zapierająca dech w piersi sceneria, piękne dzieła sztuki i nawiązania do starożytnych mitologii stanowią wspaniałe tło dla narodzin niebezpiecznego romansu.

Czuję się pozytywnie zaskoczona tą powieścią. Postać Raven jest uosobieniem dobra, kobietą, która chciałaby ochronić swoich bliskich nawet za cenę swojego życia. Jej postawa pokazuje, że jeśli kogoś kocha, to ponad wszystko. Jest pełna kompleksów, trudnych wspomnień z przeszłości. Jak każda kobieta, trochę niecierpliwa, chce wiedzieć jak najwięcej i to natychmiast. Rzeczywiście, tak jak i bohater, momentami odczuwałam zirytowanie jej osobą, ale ta dociekliwość nie była wścibskością, tylko próbą poukładania sobie wszystkiego w głowie, więc chyba jest zrozumiała. 

Bardziej jednak spodobała mi się postawa Williama. To, że pod skórą i postacią demona był dobroduszną istotą, która jest w stanie kochać, choć sama tego nie dostrzega. Jego potęga, moc, seksualność jest godna podziwu, ale najbardziej urzekł mnie swoją troską i tym, jak bronił Cassity... Wiadomo, jest jeszcze druga strona jego duszy, ta mroczna, ale to składam na karb wampiryzmu, z którym spotkałam się po raz pierwszy. Te rytuały, prawa, mają w sobie coś, co na pewno może się podobać. Zwłaszcza w połączeniu z romantyczną stroną duszy...

Wątek sztuki wpleciony w historię florencką został bardzo ciekawie przedstawiony. Dzięki niemu doskonale przenikają się świat współczesny i ten podziemny, nocny, wampiryczny. 

Do tej pory szerokim łukiem omijałam literaturę z motywem wampirów i demonów. Z różnych względów. Dlatego tym bardziej jestem wdzięczna za egzemplarz recenzencki, dzięki któremu poznałam coś nowego. A co więcej, coś, co mi się spodobało i z przyjemnością czekam na kolejną część Serii Florenckiej. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję 
Wydawnictwu Akurat 




niedziela, 13 marca 2016

Agnieszka Krawczyk "Czary codzienności. Siostry"



Za mną kolejna książka, która zapewniła mi poczucie błogości czytelniczej, ukoiła moją duszę i ugasiła tęsknotę za czytaniem. Najnowsza powieść Agnieszki Krawczyk zaspokoiła mnie czytelniczo w 100%. No i jest tylko jedna sprawa... chcę więcej! Choć wydawało mi się, że 500 stron, to jakaś kobyła i co tam można niby opisywać, to zostałam zaskoczona i zdecydowanie jest mi mało :) 


Agata, główna bohaterka "Czarów codzienności", choć żyjąca w pędzie krakowskiego życia, nie do końca wpisuje się w życie tzw. "korpo szczurów". Zdaje sobie sprawę, że nadejdzie czas, kiedy wypadnie z obiegu i nie jest pewna, czym wtedy mogłaby się zając. Zupełnie nie spodziewa się, że śmierć matki, która zostawiła ją niedługo po narodzinach, zmieni całe jej życie. Zmieni, to chyba nawet mało powiedziane. Wywróci je do góry nogami! Kiedy trafia do Zmysłowa i poznaje Antosię, nie do końca może uwierzyć w to, co się wokół niej dzieje. A każdy kolejny dzień przynosi nowe niespodzianki... 

"-Wiecie co? - wykrzyknęła niespodziewanie Tosia.- Jesteśmy takimi poplątanymi siostrami!
- Poplątanymi? - Daniela nie rozumiała.
- Tak. Mamy poplątane DNA jak pnącze powojnika. Ty jesteś siostrą Agaty, ale ja nie jestem Twoją siostrą, bo tylko ona jest naszą wspólną siostrą, prawda? - powiedziała, a Daniela kiwnęła głową. 
-W dodatku każda z nas nazywa się inaczej: ja jestem Antonina Bielska, ty Daniela Strzegoń, a ona Agata Niemirska. (...)
- Tak, od razu widać, że jesteśmy poplątanymi siostrami (...)"

Dosłownie zatraciłam się w czytaniu "Sióstr". Poza piękną historią, opisaną przez Autorkę w bardzo przyjemnym, lekkim stylu, feeria barw, zapachów, cudownych opisów przyrody, zaspokaja moje poczucie estetyki całkowicie. Czuję dopieszczenie każdego ze zmysłów, zupełnie jakbym sama znalazła się w magicznym Zmysłowie... 

Autorka zwraca uwagę na wiele spraw, porusza wiele wątków dotyczących młodych ludzi, problemów współczesnych rodzin, sytuacji małych miasteczek i wsi.  W Agacie wiele osób chciałoby mieć przyjaciółkę, zresztą w Danieli też! Uwielbiam je za poczucie humoru, ogromną wrażliwość i oddanie dla siebie na wzajem. Jak to u sióstr bywa, skoczyłyby za sobą w ogień. Dziewczyny mimo "poplątanych genów" mają dla siebie mnóstwo serdeczności i zrozumienia.

Powieść spodoba się każdemu wrażliwcowi, każdej kobiecie i na pewno niejednemu mężczyźnie. Jeśli chcesz znaleźć spokój, bezpieczeństwo, bliskość, wrażliwość i miłość, na pewno doświadczysz tego właśnie w Zmysłowie. Polecam!



sobota, 5 marca 2016

Cristina Sanchez-Andrade "Zimowe Panny"

Literatura hiszpańska niemal zawsze mnie zachwycała. Wiadomo, historia historią, ale cała otoczka, piękne krajobrazy, pejzaże, zwyczaje ludzi, malowniczość opisów, pewna egzotyka, zawsze mi się podobały. Nie brakuje tego także w powieści Cristiny Sanchz-Andrade "Zimowe Panny". 


Galisja, koniec lat pięćdziesiątych. Do małej wsi po latach nieobecności powracają dwie siostry, Saladina i Dolores. Zamieszkują w domu należącym kiedyś do don Reinalda, ich dziadka. Zajmują się gospodarstwem, mają krowę, owce, kury, szyją ubrania dla ludzi z miasta oraz rozmawiają często o swojej wielkiej pasji – kinie i życiu hollywoodzkich gwiazd. Zwłaszcza Dolores jest tym zafascynowana. Nie porzuca marzeń o tym, że kiedyś zostanie sławną aktorką, być może grającą w Hollywood. 

Jednak dla lokalnej społeczności ich powrót okazuje się szokiem. Wracają wspomnienia o tajemniczych umowach, które dziadek sióstr spisał z mieszkańcami wsi. Zobowiązali się oni w nich za opłatą oddać mu po śmierci swoje mózgi do celów naukowych. Z chwilą powrotu sióstr każdy z mieszkańców chce odzyskać swoją umowę: i ksiądz o nieokiełznanym apetycie, i samozwańczy nauczyciel, i technik dentystyczny wstawiający zęby wyrwane zmarłym, i starsza kobieta, która codziennie wzywa księdza, by udzielił jej ostatniego namaszczenia. Każdy uważa, że to odmieni jego życie, zdejmie piętno, które nie pozwala mu normalnie żyć. Dlaczego jednak nikt nie chce rozmawiać z siostrami o dziadku? Co takiego wydarzyło się podczas wojny? Dlaczego nazywają je Zimowymi Pannami? Czy siostrom uda się spełnić marzenia o karierze aktorskiej? A może przytłoczy je ciężar wyrzutów sumienia? 


Dziewczyny przywiozły ze sobą tajemnicę, a kolejne odkrywają w wiosce. Próbują poznać przeszłość, wspominają szczęśliwe chwile w domu dziadka, ale nie są do końca szczęśliwe. Książka pokazuje, jak bardzo można szukać szczęścia mimo wszystko, ale też, że nie warto porzucać marzeń, choć ich spełnienie kosztuje wiele cierpienia.

Powieść "Zimowe Panny" jest pełna magii, zabobonów i dziwności. Mi przypadła do gustu, mam nadzieję, że Wam również się spodoba. 





Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Muza